Mieczysław Gorzka – ekonomista i… twórca bestsellerów [WYWIAD]

Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Z wykształcenia ekonomista, ale nie ukrywa, że jego największą pasją jest pisanie. Autor bestsellerowego cyklu „Cienie przeszłości” wspomina studenckie czasy, opowiada o swojej twórczości i zdradza, kogo widziałby w roli komisarza Zakrzewskiego.

1150x180

Sonia Mozel: Urodził się Pan w Środzie Śląskiej, mieszkał w Szczepanowie, a po maturze trafił Pan na Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu. Co Pana skłoniło do wyboru tej uczelni?

Mieczysław Gorzka: Przez pięć lat codziennie dojeżdżałem pociągiem do Wrocławia do szkoły średniej, więc byłem już z tym miastem związany. Poza tym na pierwszym roku studiów przeprowadziliśmy się z rodzicami do Wrocławia na stałe. Na Uniwersytet Ekonomiczny trafiłem przez przypadek. Namówili mnie koledzy z klasy maturalnej. Po latach oceniam, że to był doskonały wybór.

Jak wspomina Pan studia na Uniwersytecie Ekonomicznym i studenckie życie – atmosferę, zajęcia, wykładowców i, oczywiście, imprezy? Mieszkał Pan w akademiku?

Nie mieszkałem w akademiku, chociaż byłem częstym gościem Ślężaka czy Oazy. Najlepsze imprezy odbywały się właśnie w tych akademikach [śmiech]. Miałem to szczęście, że trafiłem na bardzo fajnych ludzi w grupie studenckiej, często jeździliśmy razem w góry, spotykaliśmy się również poza uczelnią, zawiązały się przyjaźnie, znajomości, a nawet małżeństwa, które trwają do dziś. Zacząłem studiować, kiedy w Polsce dokonywała się transformacja ustrojowa. Byliśmy pierwszym rokiem, na którym władze uczelni robiły „eksperyment programowy”, zmieniając dotychczasowy program nauczania i dostosowując go do nowej rzeczywistości. Z wykładowców najlepiej wspominam profesora Mariana Nogę, który prowadził porywające wykłady z polityki ekonomicznej, i profesora Bogusława Fiedora, mojego promotora. Na uczelni spędziłem wspaniałe pięć lat i teraz wspominam je z ogromną nostalgią. 

Dlaczego ekonomista prowadzący własną firmę postanowił zrobić karierę literacką? Jakie były Pana literackie początki; co sprawiło, że pisanie tak Pana zafascynowało?

Piszę, odkąd tylko nauczyłem się pisać. Już w drugiej klasie podstawówki wymyślałem opowiadania science fiction. Potem pisałem przez cały okres szkoły, studiów, a później dorosłego życia. Pisanie to moje podstawowe hobby. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłem o wydaniu książki. W końcu cierpliwość i praca zostały wynagrodzone – moje powieści ukazały się drukiem, z czego się bardzo cieszę.

Jak wyglądał u Pana proces wydania książki? Jakie to uczucie zobaczyć na półce w księgarni swoją powieść? 

Pewnego dnia zdecydowałem, że napiszę nową książkę i postaram się znaleźć wydawcę. Tak powstał „Martwy sad”, to był rok 2012. Znalezienie wydawcy, który byłby zainteresowany wydaniem książki, nie jest jednak takie proste. Mnie zajęło pięć lat. W końcu trafiłem do Wydawnictwa Bukowy Las, które we mnie uwierzyło i wydało mój debiut. Zobaczyć swoją książkę na półce w księgarni to naprawdę cudowne uczucie. Tym bardziej że właśnie udało mi się zrealizować marzenie z dzieciństwa. 

Z tym wydarzeniem wiąże się też pewna anegdota. Otóż pomyślałem sobie, że takim ukoronowaniem spełnienia marzeń będzie chwila, kiedy kupię własną książkę w księgarni. Dwa dni po ukazaniu się „Martwego sadu” w sprzedaży poszedłem do jednej z księgarń i… nie kupiłem swojej powieści, ponieważ… już została przez czytelników wykupiona [śmiech]. Pomyślałem sobie wtedy, że to dobry znak, i chyba się nie myliłem.

Kto jest pierwszym czytelnikiem i recenzentem pańskiej prozy?

Oczywiście pierwszymi moimi czytelnikami są żona i syn, potem najbliższa rodzina. To bardzo wymagający odbiorcy [śmiech].

Jak pańskie życie przekłada się na Pana twórczość? Czy bohaterowie mają cechy zapożyczone od Pana i pańskich znajomych?

Konstruując swojego głównego bohatera, komisarza Marcina Zakrzewskiego, miałem świadomość, że kiedyś pojawią się pytania, czy jest podobny do mnie lub do kogoś z moich znajomych. Dlatego starałem się nie obdarzać go swoimi cechami, żeby nie można było doszukać się podobieństw. Generalnie się udało, chociaż nie do końca. Podobnie jak ja Zakrzewski pije za dużo kawy, słuchamy tej samej muzyki, podobnie się ubieramy, lubimy whisky [śmiech]. 

Znajomi byli zaskoczeni pańskim debiutem literackim? Czy Pana życie zmieniło się po wydaniu książki? Zdarza się, że ktoś rozpoznaje Pana na ulicy?

Moi znajomi w większości wiedzieli, że pisanie to moje hobby. Wcześniej własnym sumptem wydałem dwie książki, które dystrybuowałem głównie po znajomych, więc zaskoczenia nie było. Były za to gratulacje. Moje życie po wydaniu książek niewiele się zmieniło. W dobie pandemii wszyscy muszą nosić maski, więc nikt mnie nie poznaje [śmiech]. A tak na poważnie, pisarz to nie aktor, musi być naprawdę gwiazdą, żeby stać się rozpoznawalnym na ulicy.

Jak wygląda pański warsztat pisarski? To długie przygotowania, robienie notatek, konsultacje, rozmowy – a może daje się Pan porwać wenie?

Nie lubię określenia „warsztat pisarski”. Kojarzy mi się z miejscem, gdzie stoją jakieś urządzenia, maszyny, na ścianach wiszą narzędzia. Praca pisarza wygląda zupełnie inaczej. Tutaj narzędziami są klawiatura komputera i wyobraźnia. Z moimi przygotowaniami do pisania jest różnie. Notatki do „Martwego sadu” to była kartka wyrwana z zeszytu i dwanaście punktów kluczowych dla akcji. Przy „Iluzji” i „Totentanz” miałem scenariusz rozpisany na sceny i bardziej przemyślany, dzięki temu mogłem obie książki tworzyć jednocześnie i nie po kolei. Pisałem te rozdziały, które uważałem, że w danym momencie wyjdą mi najlepiej. Na przykład: początek pierwszej powieści, potem koniec drugiej, środek pierwszej, początek drugiej i tak dalej. System się sprawdził i wyszło nieźle.

Przy najnowszej książce, która – mam nadzieję – ukaże się na wiosnę, miałem gotowy scenariusz i ściśle się go trzymałem, ale tylko do połowy. Potem coś się stało i druga połowa książki wyszła inaczej, niż pierwotnie planowałem [śmiech].

Akcję „Martwego sadu” osadził Pan we Wrocławiu – jaka jest pańska relacja z tym miastem?

Uwielbiam Wrocław, jestem miłośnikiem średniowiecznej historii miasta i Śląska.

Wśród ulubionych autorów kryminałów wymienia Pan Jo Nesbo i Stiega Larssona. Czy są dla Pana inspiracją przy tworzeniu? 

Oczywiście, każdy z tych autorów wywarł na mnie duży wpływ. Dodałbym jeszcze Stephena Kinga, Deana Koontza, Joe Alexa i Stanisława Lema. Staram się pisać takie książki, jakie sam lubię czytać. Chcę, żeby moje powieści były inne, ale zdaję sobie sprawę, że można w nich znaleźć pewne nieświadome zapożyczenia z tych i jeszcze wielu innych autorów. To nieuniknione.

Ma Pan w głowie pomysły na kolejne powieści? Czego mogą oczekiwać czytelnicy? Kolejnych kryminałów, powieści fantasy/science fiction, a może czegoś w stylu Sienkiewicza, którego „Krzyżaków” darzy Pan wielkim sentymentem?

Kontynuacji „Krzyżaków” na pewno nie napiszę [śmiech], ale mam pomysł na seryjnego mordercę działającego w średniowiecznym Wrocławiu. Tylko ta historia musi jeszcze poczekać. Na razie planuję kontynuację przygód komisarza Zakrzewskiego i jeden lub dwa kryminały niezwiązane z tym bohaterem.

Gdyby mógł Pan wybrać obsadę marzeń do ekranizacji swojego cyklu powieściowego – kto by to był?

To pytanie często wraca w wywiadach lub w pytaniach czytelników. Dla mnie idealnym komisarzem Zakrzewskim byłby Michael Fassbender, a z krajowych aktorów Marcin Dorociński. Nad innymi postaciami nigdy się nie zastanawiałem.

Ma Pan jakąś radę dla początkujących twórców, którzy marzą o pisaniu bestsellerów?

Praca, praca, praca, cierpliwość i… bardzo dużo szczęścia.

Polecamy

Bill – tak bowiem wszyscy się do Minskera zwracali – pojawił się na uczelni w 1989 roku. Stał się symboliczną personifikacją przemian w Polsce. Jako native speaker z doświadczeniem…
Profesor Hiroyuki Itami to światowy autorytet w zakresie nauk o zarządzaniu oraz ekonomii menedżerskiej. W 2010 roku Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu nadał mu tytuł doktora honoris causa. Sympatia profesora…

1150x180